W naszym pięknym kraju i nie tylko, bywa tak, że jak się człowiek do czegoś przyzwyczai, to później odzwyczaić się jest bardzo ciężko. Dlatego też nikogo nie zaskoczyła reakcja graczy na informację, iż Call of Duty 4 Modern Warfare opuszcza mundur alianckiego żołnierza, na rzecz odzienia współczesnego antyterrorysty, który w rękach zamiast MP 40 dzierży M 16. Czy to było dobre posunięcie, spróbujemy sobie odpowiedzieć na podstawie tej recenzji, jedno jest jednak pewne, takiego przełomu w historii serii jeszcze nie było.
Za Zakhaev'a było lepiej, a z Al-Asadem, to już w ogóle...
Akcja gry, jak już pewnie większości graczy wiadomo, przenosi nas na tereny Bliskiego Wschodu, gdzie naszym zadaniem będzie rozprawienie się z Zakhayew'em i jego ultranacjonalistycznymi wyznawcami. Właściwie wszystko byłoby ok, bo już nie jednego „Hitlera” świat widział, gdyby nie fakt, że rosyjski szaleniec ma zapędy, by za pomocą kilku atomówek posłać ten świat, a głównie Amerykanów tam, gdzie jego i ich miejsce. Ale od czego moi mili, jest nieoceniony duet Marines i S.A.S, w którym kolejno wcielamy się w Paul'a Jackson'a i „Soap'a” Mac Tavisha? Oczywiście od pacyfikacji takich wynaturzeń ;).
Z reguły seria CoD miała trzech bohaterów, w tym przypadku będzie podobnie, bowiem w kampanii pojedyncznego gracza wcielimy się dodatkowo w sławetnego Kapitana Price'a (tak, on też tutaj jest!), który w chwili retrospekcji uświadomi nas, jak to dzielnie walczył na froncie wschodnim z naszym głównym celem.
Od treningu głowa nie boli
Jak przystało na kolejną grę z serii, znowu rozpoczynamy rozgrywkę na terenie obozu szkoleniowego, gdzie w roli „Soapa” poznajemy tajniki poszczególnych umiejętności, które przedstawiają nam kolejno Kapitan Price oraz jego wspólnik – Gaz. Aby zmotywować nas do jak największej aktywności w ciągu tych kilku zapoznawczych minut, zastosowano tutaj pewny myk – otóż, od tego jak szybko wykonamy swego rodzaju test sprawności, zależy to, jaki poziom trudności zasugeruje nam gra, więc jeśli nie chcemy się zbłaźnić sami przed sobą, to wypadałoby choć trochę się postarać.
Ale, jak to mówią: „Pierwsze koty za płoty”, bowiem niezależnie jaki poziom wybierzemy, gra będzie tak samo emocjonująca, jak na każdym innym stopniu trudności.
Jak już wspominałem grę rozpoczynamy we wcieleniu brytyjskiego żołnierza S.A.S'u i tymże gentelmenem rozegramy również pierwszą misję, która całkiem możliwe, że przejdzie do historii, jako jeden z bardziej dramatycznych etapów FPS'ów wojennych. Otóż lądujemy na statku, bujanym przez ogromną fale, których obawiałby się nawet kapitan słynnego Titanica. Zresztą porównanie do tej żelaznej maszyny, wcale nie jest nie na miejscu, bowiem tak jak w przypadku tego pierwszego, tak nasz tankowiec również ulega uszkodzeniu, co zmusza nas do szybkiej i gwałtownej ewakuacji. Przyznam szczerze, wrażenia są niesamowite. Przechylenia pola widzenia, które towarzyszą temu wydarzeniu wprost wywołują lekką dezorientację, dlatego też jeśli ktoś kiedyś powiedział Ci, że masz przejawy choroby morskiej, to lepiej opuść ten etap, albo miej wiadro w pogotowiu ;).
Wojna oczyma jednostki
Zawsze mi się wydawało, że gry komputerowe, choćby bardzo się starały to jednak ciężko im jest przenieść jakiś głębszy sens płynący z rozrywki, jaką czerpiemy z migającego ekranu. Biję się w piersi, bowiem myliłem się. Uświadomiła mnie w tym druga misja, w której nomen omen nie możemy robić nic innego oprócz rozglądania się na boki. Pytacie zatem, co to za misja, w której nawet broni nie ma? Otóż ja Wam mówię, iż jest to dowód na to, że Call of Duty 4 Modern Warfare, to już nie tylko gra, a emocjonujący, interaktywny film, poruszający również kwestię przewrotu, rewolucji, czy wreszcie wojny z perspektywy zwykłego człowieka.
W tym przypadku, akurat zwykłym człowiekiem jest prowadzony przez ludzi Al-Asad'a prezydent, który zostaje rozstrzelany na oczach milionów ludzi przed telewizorami... Widok wstrząsający i bardzo poruszający. To potwierdza tylko fakt, że panowie z Infinity Ward potrafią zrobić coś więcej niż tylko grę. Problem jednak w tym, że ta gra na siłę trwa góra 6 godzin!
Oczywiście nie wliczam tutaj czasu spędzonego przy trybie sieciowym. Niestety przewidywania okazały się prawdą – kampania pojedynczego gracza, choć bardzo emocjonująca, kończy się już po kilku godzinach, a do tego zgodnie z tradycją jest bardzo liniowa, co w perspektywie innych gier z serii wydaje się normalne.
Spacer snajpera
Jednym z najciekawszych fragmentów gry jest „spacer snajpera”. Wcielamy się w postać Kapitana Price'a i wraz z MacMillanem przemierzamy szerokie tereny Ukrainy. Tutaj spotka nas niemała niespodzianka, kiedy okaże się, że po raz pierwszy w serii walczymy nie tylko z ludźmi, ale też ze zwierzętami! Przykładem tego gatunku, będą w tym przypadku dzikie psy, które nie omieszkają dorwać się do naszej tętnicy. Na szczęście za pomocą wciśniętego w odpowiednim czasie klawisza dane nam jest bardzo łatwo ukręcić łeb całej „sprawie”.
Sukces goni sukces
Zastanawiacie się pewnie co stanowi meritum sukcesów, które odnosi Call of Duty 4 do tej pory. Odpowiedź na to pytanie wydaje się być bardzo prosta. Otóż świat dawno nie widział gry, która taką dynamiką akcji potrafi przekazać tak wiele emocji. Weźmy choćby na tapetę scenę wybuchu bomby. To, co się dzieje z naszym bohaterem podczas tej „misji” jest po prostu żywcem wyciągnięte z najlepszych filmów akcji, jakie tylko świat widział. Można zatem bez najmniejszych ogródek stwierdzić, że czwarta część Call of Duty faktycznie zasłużyła na miano jednej z najlepszych (o ile nie najlepszej) gier 2007r.
Wpadnij w sieć
Po głębszym spenetrowaniu gry okazuje się, że tryb pojedynczego gracza, był tylko przystawką do głównego dania jakim jest Multiplayer. W sieci gra zyskuje naprawdę nowe oblicze, co potwierdza bardzo wysoka frekwencja na światowych serwerach, a także zainteresowanie kolejnymi turniejami z udziałem tej gry. Kluczem do sukcesu wydają być się tzw. Perki. Czymże owe perki są? Ano są to różnego rodzaju przymioty, które gracz może zdobyć wraz z postępem w grze. Jest to swego rodzaju dobry „chwyt” na gracza, bo im więcej gramy i im wyższy mamy skill, tym bardziej wzrasta nam pozycja w rankingu, dzięki czemu otrzymujemy nowe perki (jak np. Szybsze strzelanie, większa śmiercionośność itd.), a także różne ciekawe gadżety (typu złoty Desert Eagle, wyspecjalizowany kostium czy tłumik).
Ważnym aspektem gry sieciowej nie są nawet tryby gry, które wydają się być bardzo standardowe (DM, TDM, S&D, HQ, SAB, DOM), ale ciekawe „zdobycze”, które otrzymujemy po zabiciu kilku wrogów przy jednej sesji. O co chodzi? Załóżmy, że zabijasz 3 wrogów pod rząd i otrzymujesz dostęp do radaru, na którym widzisz pozycje wroga, kolejne fragi odkrywają już przed Tobą możliwość ostrzału artyleryjskiego, bądź wezwania wsparcia lotniczego. Niezły bajer, prawda?
Okiem i uchem specjalisty
To, czego bali się wszyscy zwane jest wymaganiami gry. O dziwo (albo i nie), silnik gry jest tak elastyczny i dobrze zoptymializowany, że w CoD 4 możemy jeszcze pograć na dość leciwych już maszynach. Ale gdy już w nasze łapska trafi się komputer, który pozwoli „czwórce” rozwinąć skrzydła, to możemy się szykować na wielką ucztę dla oczu i uszu. Grafika wykorzystuje najnowsze zdobycze technologiczne i wprost zachwyca swoim blaskiem, nie mówię już tutaj o takich efektach jak dobitne wręcz odczucie gorąca płynącego z ognia, czy widok kurzu w opuszczonym mieście. Dźwięk oczywiście standardowo trzyma się na najwyższym poziomie, co słychać choćby przy okazji testowania każdej broni z osobna (trzeba Wam wiedzieć, że bronie te można odkrywać poprzez wykonywanie dodatkowych zadań w grze, których jest naprawdę multum).
W całym tym zamieszaniu brakuje tylko jednego – tego, z czym seria CoD właściwie zawsze miała problem – dobrej fizyki. Nadal brakuje nam tutaj choćby w miarę zaawansowanego rag-dolla (mam na myśli coś, a la ten z Far Cry), nie mówiąc już o możliwości niszczenia otoczenia. Cieszmy się chociaż z tego, że twórcy udostępnili nam możliwość zabicia wroga przez cienkie materiały, takie jak np. Wąska ściana czy drewniany płot. Niemniej jednak przy okazji kolejnych części serii warto byłoby zastanowić się nad tym aspektem gry.
Technicznym błędem jest również oskryptowienie gry, o którym wspominałem wyżej. Wytrawni fani, uśmiechną się tylko ironicznie czytając te słowa, bowiem mają na uwadze, że jest to podstawowy grzech każdej części CoD. Niemniej jednak warto z tym walczyć, bo zaliczanie gry po raz kolejny przy takim stopniu oskryptowienia nie daje już tego ładunku emocji, co przy pierwszym podejściu.
Kto wygra wojnę?
Co do tego, że Call of Duty 4 Modern Warfare jest hitem, to już właściwie nie ma wątpliwości – mówią o tym rankingi sprzedaży, plebiscyty największych portali oraz sami gracze. Ci, którzy twierdzą inaczej, są zapewne zakochani jeszcze w II-wojennej szacie serii, co niestety odeszło już chyba w niepamięć, bowiem jak mówi Grant Collier – szef studia Infinity Ward: „Call of Duty to nie gra o II wojnie światowej, to gra wojenna!” Zatem tego się będziemy trzymać i pod tym kątem czwarta część serii wypada bardzo dobrze!
Komentarze użytkowników
Średnia ocena użytkownika
(2 głosy)
Pokaż 14 z 14 komentarzy
1.
30-12-2009 15:27
Prawda...
Ta recenzja to cała prawda o CoD 4. Gra niesamowicie emocjonująca i grafikę też ma fantastyczną, ale np. ci co grali wiedzą, że w pierwszej misji ("Prolog"), gdy skaczemy ze statku do helikoptera, skaczemy troszkę za daleko niż potrafił by to człowiek, bo: robimy to pod kątem ok. 75 stopni, w dodatku na śliskim pokładzie, przy dużym wietrze bocznym (na oko 100 km/h), a helikopter jest ok. 5m od nas!
Wracając do tematu to świetna recenzja, tak jak ta gra.
koncowka ow wiec o z kreska a nie u, a w sparwie maskowania broni to klikarz na "stworz klase" -> klikarz na bron glowna -> i wybierarz bron -> teraz dodatek np. celownik, granatnk -> teraz powinno wyskoczyc maskowanie i juz, a maskowanie to zyskujesz za headshoty
Dzięki uważnym czytelnikom za słowa krytyki! Oczywiście za popełnione nadużycia przepraszam . Co do "wyspecjalizowanego kombinezonu", miałem na myśli kostiumy jakie się dostaje, które pełnią funkcję zarówno maskującą, jak i prestiżową . Co do spoilerów, być może faktycznie, trochę przesadziłem, jednak są one tak rozmieszczone, że brak dokładnej znajomości fabuły i tak nie buduje odpowiedniego obrazu. @Arte - najwyższy czas .